arządzanie sobą w czasie służy temu, by zwiększać szanse na to, że będziemy robić to, co chcemy.

Czy wystarcza nam czasu na życie osobiste, czy według Pana jesteśmy – jako społeczeństwo – przepracowani?

Bardzo dobre pytanie. Z jednej strony jeszcze nigdy w historii nie było tylu narzędzi do lepszego gospodarowania czasem. Mówię tu o modelach mentalnych, aplikacjach mobilnych czy nawet terapii albo coachingu. Jednocześnie jednak nigdy jeszcze w historii nie mieliśmy tak mało czasu dla siebie samych i – co ważniejsze - dla siebie nawzajem. Nie wynika to z faktu, że jest tyle ważnego do zrobienia, a raczej że nasz czas (i pieniądze) są walutą, na którą poluje mnóstwo wyspecjalizowanych grup uderzeniowych. Rzeczywiście chodzi przede wszystkim o pracę, ale także branża rozrywkowa tworzona jest tak, by zajmować nam cały czas od powrotu do domu, a najchętniej jeszcze w pracy. Do tego dołóżmy modę na produktywność, zdrowie, dobrostan psychiczny, rozwój i szczęście. Ostatnie wymienione elementy stały się obowiązkami. Jesteśmy przymuszani do tego, by ciągle czymś się zajmować i być szczęśliwymi. Przeciętny Europejczyk sprawdza telefon od 150 do 200 razy dziennie i w większości przypadków nie robi tego dlatego, że chce i poprawi mu to humor, ale czuje napięcie, że coś ważnego przegapi, a sprawdziwszy telefon odczuwa ulgę.

A na rozwój osobisty, hobby, rozrywkę? Którą sferę swojego życia najczęściej poświęcamy dla pracy?

Jest w tym pytaniu pewna presupozycja, z którą się nie zgadzam. Praca nie jest złem sama w sobie, tak jak rozwój osobisty nie jest dobrem sam w sobie. Oba te pojęcia łatwo wykoślawić tak, że zaczynają nam w głowie ciążyć. Rozwój osobisty jako przymus jest zły. Czują to osoby namawiane ciągle, żeby biegać, zliczać kilometry w aplikacjach mobilnych, jeść jarmuż, przejść na dietę paleo, omijać gluten, chudnąć, przestać palić. Osoby niedążące do rozwoju osobistego są w naszych czasach jawnie szykanowane. Jeśli ktoś pali papierosy nie jest wrogiem tylko swoim, ale stał się wrogiem społeczeństwa. W niektórych organizacjach nie tylko takie osoby nie mogą być widziane z papierosem, ale wręcz nie wolno takich zatrudniać. Podobnie można otrzymać w firmie karnet na siłownię, ale nie można go nie wykorzystać. To jest właśnie przymus dobrostanu. Z drugiej strony praca może nie jest we wszystkim idealna, ale ma ciekawe momenty, a jeśli tych momentów jest niewiele, dzięki niej doceniamy chwile dobre (jak piąteczek czy weekend). Miłe momenty w życiu są miłe także dla tego, że przez większość czasu wcale nie jest jakoś super porywająco. Po trzecie: pracę nie zawsze możemy wybrać (wbrew potocznemu mniemaniu piewców teorii „chcieć to móc”). Wreszcie odpowiem bezpośrednio na Pani pytanie: statystyka jest taka, że rozwój osobisty, hobby i rozrywkę najczęściej poświęcamy dla miłości, a w drugiej kolejności dla pracy.

Co nam kradnie najwięcej czasu w samej pracy?

Zależy jaką kto ma pracę. Część osób ma taką pracę, że nic im czasu nie kradnie, pracują fizycznie, są monitorowani, system sugeruje im nawet najbliższą ubikację, kiedy chcą zrobić przerwę. Komputer optymalizuje cały czas w pracy. Rozumiem, że pytanie to dotyczy osób, które mogą sobie niepostrzeżenie pokiwać palcem w bucie. Takim osobom najwięcej czasu kradnie brak odpowiedniego wypoczynku po pracy (brak snu, głód, brak odpowiedniego ruchu). Organizm próbuje to sobie odebrać w trakcie pracy, rozrzedzając intensywność czynności. Ciężko się zebrać, trudno utrzymać uwagę, nic nam się nie chce. Na drugim miejscu umieściłbym nieodpowiednie otoczenie – ciągle ktoś chodzi i zaczepia, co chwila pojawiają się maile. Proszę zauważyć, że cała branża IT zbudowana jest na gromadzeniu i wymianie informacji. Wymieniamy się informacjami tak intensywnie, że nie ma już kiedy pracować: ciągle ktoś kogoś o czymś informuje. Szerzej piszę o tym w książce „Wy wszyscy moi ja”, a prawda jest taka, że jeśli się nie zabierzemy za aktywne organizowanie otoczenia (wirtualnego zwłaszcza), to ono nas – przepraszam za obcesowość – po prostu zajedzie.

Jak zaplanować dzień, aby straconego czasu było jak najmniej?

Głębokie pytanie. Dodałbym drugie: stracony czas, to który? Człowiek w ciągu dnia potrzebuje dobrze przepracowanego czasu sporo. I potrzebuje równie sporo (a czasem nawet bardzo sporo), czasu, w którym bezwstydnie, na wysokim poziomie… nic nie robi. Stracony czas to może więc ten, w którym udajemy, że pracujemy albo udajemy, że odpoczywamy. Nie mamy miejsca na dokładny opis planu dnia, który by się dla każdego sprawdził (znów odwołuję się do książki), ale jedną z dobrych metod jest gromadzenie listy czynności, które naprawdę nas relaksują: sen, seks (jeśli ktoś lubi), piwko/winko, leżenie przed TV, leżenie po ciemku, basen, kino, uprawa ziół, rozmnażanie gupików – każdy ma takie czynności w życiu, które powodują u niego Niagarę endorfin. Warto w głowie taką listę kultywować i jej bronić. Najczęściej nie wiemy dlaczego akurat to, a nie co innego powoduje, że tak dobrze się czujemy i w głowie się wszystko uspokaja. Nie musimy umieć tego wytłumaczyć. Ważne, że mamy enklawę, a jak nie mamy, to trzeba jej poszukać. Od tego wypada zacząć. A potem wciskać tego w tygodniu ile się da. Jeśli dobrze się poobijamy, to wystarczy sił, żeby zabrać się za to, co trzeba bez zbytniego obrzydzenia i asertywnie wysiąść z pociągów, których kierunek nas nie interesuje. Od tego bym zaczął. Dosłownie zaś traktując to pytanie, odpowiem tak: wyspać się. Ważne rzeczy dobić do 14. Potem coś zjeść. Potem robić mniej ważne rzeczy. Potem się poruszać (ale bez przesady). A od 18 szykować się do spania i niczego od siebie nie wymagać: jak zrobię, to fajnie, a jak nic nie zrobię od 18, to nie szkodzi. Tak mówi podręcznik. Jak bardzo jest ktoś w stanie się do tego zbliżyć – jego sukces.

Czy zgodziłby się Pan, że młode pokolenie, czyli "Igreki," bardziej umiejętnie gospodarują czasem niż wiecznie zapracowane "Iksy"?

Igreki – jeśli mogę tak zgeneralizować – bliżej są odpowiedniego postrzegania funkcji pracy w życiu człowieka. Dalej w tej kwestii idzie już pokolenie „Z”. To higieniczny kierunek rozwoju. Generacjom tym trudniej będzie z innego powodu. Odpuszczono Im niejako czas pracy, stawiając kreskę na chorych ambicjach zawodowych. Ci ludzie nie dają się już tak oszukać. Ich piętą Achillesową jest jednak wolny czas. Jeszcze nigdy w historii świata nie było tylu ludzi, którzy za pomocą najnowocześniejszych narzędzi próbują zarobić na naszym wolnym czasie. Rynek jest wiecznie głodny. Jeśli nie może znaleźć pieniędzy w temacie: „Optymalizacja czasu pracy”, poszuka go tworząc produkty: „Optymalizacja wolnego czasu”. To jest praca domowa, którą pokolenia Y i Z mają na dziś do odrobienia. Żadne inne pokolenie nie było tak przymuszane do tego, by być szczęśliwymi i zdrowymi. I żadnemu innemu pokoleniu nie wmawiano tak silnie, że zadowolony człowiek to dobry człowiek. Szczęście nigdy jeszcze tak silnie nie łączyło się z moralnością. Cóż... Trzymam kciuki.

Jakie są konsekwencje złego gospodarowania czasem?

Złe gospodarowanie czasem powoduje, że do niczego poważnego w życiu się nie dochodzi. Zarządzanie sobą w czasie służy temu, by zwiększać szanse na to, że będziemy robić to, co chcemy. Złe gospodarowanie czasem powoduje, że nie robimy tego, co chcemy, tylko to, co inni chcą od nas. Złe gospodarowanie czasem powoduje zresztą, że nie wiemy czego chcemy, bo nie ma kiedy nad tym zagadnieniem się pochylić. Czas jest najważniejszą walutą, jaką mamy. Pewną „kwotę minut” wydać musimy na kwestie niezbędne, może nie do końca nam odpowiadające, ale nadwyżką należy gospodarować z wielką rozwagą, bo wokół mnóstwo jest chętnych, którzy zapłacą z naszego portfela za swoje dobre życie. Nasze zadanie jest takie, by dobrym czasem zapłacić za to, by wszystkim było jak najlepiej. Ani nie tylko komuś, ani nie tylko nam. Prędzej czy później i tak bowiem okaże się, że nasze szczęście to inni ludzie. Ale to już pewnie temat na inny wywiad.