złowiek wdeptuje w nią wiedziony dobrymi intencjami. Nawet nie zauważa, że razem z pozornie dobrą decyzją o wzmożonym wysiłku idzie jakiekolwiek zagrożenie.

Chce zarobić. Chce awansować. Chce się zrealizować. A potem początkowy entuzjazm zaczyna przygasać, pojawia się zniechęcenie, rodzi się zmęczenie i zanika motywacja. Przeciwdziałanie temu procesowi nosi miano właśnie “work-life balance” i opiera się o pewien zestaw rozwiązań i kompetencji, dzięki którym równowaga pomiędzy wysiłkiem a nagrodą nigdy nie zostanie zachwiana na zbyt długo.

Zdrowe podejście do obowiązków zawodowych (nawet jeśli wymagających – nie chodzi wszak o propagowanie lenistwa!) to podstawa udanej, długofalowej kariery. Poprawia wyniki samej pracy (człowiek wypoczęty i nie zniechęcony to człowiek pełen dobrych pomysłów) i zapobiega wypaleniu zawodowemu, którego skutki potrafią nękać długimi latami. Poprawia też sytuację prywatną – czy to w kontekście samooceny, czy też życia rodzinnego.

Z psychologicznego punktu widzenia jest zatem kluczowe, by każdy starał się zachować tę równowagę we własnym życiu. Ale jak najbardziej można też pomóc w budowaniu należytych zachowań u pracowników! Takie propagowanie właściwych wzorców w sposób systemowy (tzn. poprzez kulturę organizacyjną) może być jedną z najlepszych metod na zwiększenie produktywności swojego działu a także zadbanie, by pracujące w nim osoby miały dobre i stabilne samopoczucie.

Wróciłem do domu – i co teraz?

Do bezwzględnych podstaw zdrowej równowagi pomiędzy pracą a czasem prywatnym jest oddzielenie pracy i odpoczynku grubą kreską. Wielu z nas, nawet gdy wraca do domu w piątek o dziewiętnastej, to tak naprawdę po kryjomu przemyca ze sobą pracę. Chowa ją w sercu i w głowie i nie relaksuje się do końca, nawet w trakcie zabawy z dziećmi lub przy oglądaniu ulubionego serialu.

Podobnie łatwo można “skazić” weekendy. Nawet pojedynczy “mały mail do wysłania” w niedzielę rano będzie wisiał nad głową całą sobotę i ostatecznie nie zregeneruje się sił tak, jak w przypadku, gdy wszystkie obowiązku faktycznie zostawi się za sobą w biurze.

Jedną z najmądrzejszych rzeczy, które może zrobić osoba zarządzająca pracą innych ludzi jest powołanie do życia systemu przeciwdziałającemu ogromnej pokusie, którą jest “popracowanie chociaż chwilkę w wolnym czasie, by odgruzować robotę”. I nie chodzi nawet o to, że nie będzie się swoim pracownikom puszczało maili w sobotę – jeśli kultura biurowa ewidentnie nagradza przesadzony wysiłek, pracownicy szybko sami zaczną się prześcigać w toksycznych zachowaniach.

Można zatem przygotować rozwiązanie (istnieją specjalne aplikacje), dzięki któremu pod koniec każdego dnia pracownik poświęci pięć minut na uzupełnienie statusu projektów oraz zaprojektuje wstępnie swoje obowiązki na kolejny dzień; może też dać znać, co się wydarzyło poza programem (tzw. debriefing). Menedżer z kolei przegląda te zgłoszenia kolejnego ranka i aktualizuje je o bieżące zmiany w sytuacji (briefing).

W efekcie praca stanie się płynna i każdy wie, na czym stoi. Ale oceniając zaproponowane rozwiązanie z punktu widzenia psychologii, chowa się tam jeszcze jeden ciekawy profit. Otóż pracownik każdego dnia “zamyka” dzień i – podobnie jak w rachunkowości – przerzuca rzeczy nadal czekające na zrobienie na dzień kolejny, niczym “bilans otwierający”. W efekcie nie myśli o nich wieczorem bo, cytując moich wspaniałych Rodziców, “zostawia sobie coś do zrobienia na jutro”.

I to właśnie o to nie-myślenie przede wszystkim chodzi w równowadze “work-life”. Czy wdrożenie podobnych systemów będzie proste? Nie. Czy może początkowo negatywnie wpłynąć na surowe wyniki przedsiębiorstwa? Pewnie tak.

Ale czy warto?

Cóż, mawia się, że firma jest warta tyle, ile jej pracownicy. Wierzę zatem, że jeśli o tych pracowników zadba się tak, jak dba się o najważniejsze aktywa, to długofalowe efekty prześcigną nawet najbardziej wartościowe projekty wymagające wiecznej pracy po weekendach.