toi przede mną, Szanowni Państwo, zadanie trudne. Chcę w tym artykuliku przekonać Was do zmiany w życiu. Udowodnić, jak ważne jest znalezienie w życiu kogoś, z kim się lubi sypiać. I nie chodzi tu wyłącznie o potencjalny zysk z pięćset plus.

Przez ostatnie kilkaset lat wmówiono nam, że spanie to strata czasu. Gdy ktoś publicznie się przyzna, że śpi dziewięć godzin na dobę, patrzymy na niego jak na leniucha. Chyba, że jest dzieckiem. Nie mówi się o niemowlaku: „Ciągle śpi! Co to za leniwy nygus mi się urodził!”. Dlaczego? Dlatego, że zdajemy sobie sprawę, iż sen ma kluczowe znaczenie dla zdrowia i rozwoju. Później jednak, gdzieś w okresie późnego dzieciństwa, tracimy to przekonanie i nasza opinia na temat snu, pod wpływem opinii publicznej, zaczyna ewoluować w kierunku „marnowania czasu”. Owocuje to unikalnym w świecie przyrody zjawiskiem: jesteśmy jedynymi organizmami na ziemi, które ciągle celowo ograniczają sen. Oprócz nas robą to jedynie niektóre wędrowne ptaki, ale tylko okresowo. Dlaczego sen nie ma nic wspólnego z lenistwem i po co właściwie jest?

Pierwszych dowodów na istotność snu dostarcza badanie przeprowadzane na ludziach przez 70 państw na świecie. Około półtora miliarda obywateli dwukrotnie w roku przestawia zegarki. Raz wiosną, godzinę do przodu, i jesienią – godzinę do tyłu. Jak pokazują zestawienia, następnego dnia po tym, kiedy tracimy godzinę snu, szansa na zawał rośnie o 24 proc., zaś kiedy zyskujemy godzinę snu, spada o 21 proc. Sen nie ma wiele wspólnego z „wyłączaniem się”. Od momentu, w którym zasypiamy, nasz organizm zabiera się do pracy. Mózg zaczyna utrwalać wiedzę, rzeklibyśmy – wciska komendę „zapisz”, a jednocześnie odcina nas od silnych emocji związanych z przykrymi wspomnieniami. Czas leczy rany – mówimy, ale najbardziej leczy rany głęboki sen. Krew oczyszcza się z produktów przemiany materii, hormon wzrostu zalecza kontuzje.

Jeśli przez tydzień nie dośpimy godzinę każdego dnia, wprowadzamy organizm w stan przedcukrzycowy, a nasze zdolności intelektualne od czwartego dnia zaczynają się obniżać tak, jakbyśmy szli do pracy po pięćdziesiątce wódki. W ciągu doby powinniśmy spać od 7 do 9 godzin. Najlepiej w podziale: główny sen plus drzemka w dzień. Jednorazowe obniżenie tego czasu do czterech godzin zmniejsza aktywność układu odpornościowego o 70 proc.! Podobnie niedosypianie przyspiesza namnażanie komórek nowotworowych, zwłaszcza piersi i prostaty, o 200 proc.

Jeśli uprawiamy sport, sen jest najlepszym sposobem na przyspieszenie budowy masy mięśniowej i elastyczności. Wystarczającej długości sen zwiększa naszą ochotę na wysiłek fizyczny i organizm chętniej ją wydatkuje (także, by chudnąć!). Każdy, kto chodzi na jogę, fitness czy opycha się „zdrowościami”, jednocześnie niedosypiając, cały swój wysiłek ciska w piach i jest po prostu śmieszny. Pozbywa się najskuteczniejszego znanego na świecie sposobu bycia fit! Ale ten sposób jest darmowy i nie nazywa się „z angielska”, więc co tam będą nas mamić, prawda?

„Wyśpię się, jak umrę” – mówimy. Otóż nie dosypiając nie tylko umrzemy wcześniej (brak snu postarza nas nawet o dekadę!), ale zanim umrzemy, jakość życia nasza i naszych najbliższych będzie o wiele gorsza. Oczywiście są osoby, które uporczywie twierdzą, że nie potrzebują „aż tyle snu”. Badacze są jednak jednomyślni. Z sennością jest tak, jak z upojeniem alkoholowym – nasze otoczenie dostrzega to najpierw, podczas gdy nam wydaje się, że wciąż jesteśmy: bystrzy, cierpliwi, dowcipni, stabilni emocjonalnie, mamy rację i „oczywiście, że w tym stanie damy radę kierować samochodem”.

– Nie ma w organizmie drugiego pojedynczego tak zbawczego procesu jak sen – mówi Matthew Walker, badacz snu. – Ani drugiego tak dramatycznie dewastującego organizm procesu, kiedy zaczyna go brakować.

Skrócony sen lub brak snu to o kilkadziesiąt procent zwiększona szansa na: udar, chorobę miażdżycową, stany lękowe, chorobę Alzheimera, depresję czy cukrzycę typu II. Każda znana przypadłość psychiczna wiąże się z zaburzeniami snu. Gdybyśmy to wszystko dodali, można by podliczyć, że nawyk spania po pięć godzin na dobę codziennie czyni nas nie tylko głupszymi i nudniejszymi, ale zwiększa szansę na zgon o 200 proc.

Sen nie jest więc opcjonalnym luksusem. Sen jest jak szwajcarski nóż naszej autonomicznej służby zdrowia. Jest najefektywniejszym jaki znamy systemem podtrzymywania życia, przenoszenia nas w przyszłość i sposobem natury, by pokonać śmierć.

Źle się stało, że przykleiliśmy mu łatkę lenistwa, a przez to w ogóle zapomnieliśmy jak to jest być na co dzień wyspanym. Że przyzwyczailiśmy się do życia w półśnie. Nieprzytomni i niewydolni. W 2001 roku opublikowano w USA wyniki analizy pt. National Sleep Disorder Research Plan, gdzie wyliczono straty dla gospodarki wynikające z „odbierania sobie snu przez mózg podczas dnia” na 150 miliardów dolarów rocznie. Wydawało się, że musimy się wyspać, żeby oprzytomnieć, ale dziś wygląda na to, że chyba jednak najpierw będziemy musieli oprzytomnieć, żeby się wyspać! Zastanawialiście się Państwo co właściwie oznacza słowo „północ”? Bo chyba nie jest to synonim sformułowania: „moment, w którym zacznę myśleć, czy się położyć”. Kawa rano powinna być zbędna. Kiedy wsiadamy do samolotu o 10:30 rano i połowa pasażerów od razu idzie spać… Taki widok powinien być fizjologicznie niemożliwy!

Profity snu są trudne do przecenienia. Dlaczego więc ważne jest tak, by znaleźć kogoś, z kim lubimy sypiać? Odpowiedź na to pytanie dają analizy profesora Baumaistera dotyczące silnej woli. Twierdzi on mianowicie, że silna wola się w ciągu dnia wyczerpuje. Wie o tym każdy, kto na diecie próbuje zjeść zdrowe śniadanko (z tym nie ma kłopotu), a na koniec dnia zdrową kolację, ignorując nawoływania kiełbasy z lodówki czy chipsów z szafki, a także starą prawdę, że „pingwiny to jaskółki, które żarły po osiemnastej”. Na koniec dnia z naszej silnej woli zostają strzępy. Czujemy się zmęczeni, ale jednocześnie nie możemy się zwlec do wieczornej toalety, więc dobijamy się ekranem smartfona albo jeszcze jednym odcinkiem serialu.

Tu właśnie przydaje się ktoś, z kim lubimy sypiać. Taki ktoś być może ma akurat więcej silnej woli i nas do tego łóżka zaciągnie, mniej więcej o stałej porze każdego dnia. Raz on nas, raz my jego. Jakoś wspólnymi siłami uda się ustalić rytm. To może być ktokolwiek, nie będę Szanownym Czytelnikom do łóżka zaglądał. W najgorszym razie nawet kot. Trzymam kciuki! Dobranoc Państwu.