ak wyglądała droga, która doprowadziła Pana do momentu, gdy jest Pan jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy telewizyjnych w Polsce?

Prawie wszystko było dziełem przypadku. Oczywiście, niektóre okoliczności układają się w pewną prawidłowość, ale ja ją dostrzegam dopiero teraz, z perspektywy czasu. Natomiast kilkanaście pierwszych lat mojego życia zawodowego to była wolna amerykanka, z której dopiero później zaczęło coś kiełkować. W swoim życiu zawodowym imałem się już wielu bardzo różnych zajęć, długo szukałem właściwej ścieżki. Można powiedzieć, że miałem kilka żyć zawodowych. Studiowałem filologię indyjską, ale tę drogę porzuciłem po niezdanym egzaminie poprawkowym na I. roku. Chodziłem do policealnego studium budowlanego, które jednak było dla mnie jedynie formą ucieczki przed wojskiem i samo mnie „wypluło". Następnie pracowałem w banku, ambasadzie australijskiej oraz w firmie komputerowej. Dopiero gdy udało mi się – przy drugim podejściu – dostać do szkoły teatralnej, to nastawił mi się zawodowy GPS – wiedziałem, w jakim kierunku chcę podążać.

Zanim zaistniał Pan w telewizji współtworzył Pan rozgłośnię radiową. Ten ruch to przypadek czy zaplanowany etap kariery?

Po 5 latach studiów, gdy już zdobyłem wykształcenie w szkole teatralnej, zrozumiałem, że ja się na scenę nie nadaję. Zawód – tak, scena – nie. Wszyscy absolwenci szukali angażu w teatrze, a ja przekornie szukałem szczęścia w radiu. Zgłosiłem się na casting do Radia Zet, zaprezentowałem się przed szanownym jury i tak trafiłem do rozgłośni. W międzyczasie pracowałem jako aktor w sesjach reklamowych oraz chodziłem na castingi do programów telewizyjnych – przegrywałem wszystkie, oprócz jednego.

Program "Milionerzy" to był Pana zawodowy szczyt?

To oczywiście był niezwykle raptowny i udany zwrot w moim życiu zawodowym, ale mam nadzieję, że mój zawodowy szczyt jest jeszcze przede mną. Obiektywnie można więc powiedzieć, że to był mój dotychczasowy największy sukces zawodowy, ale oceniając subiektywnie dodam, że wiele radości sprawiało mi prowadzenie mniejszych programów, jak na przykład "Handlarze" w telewizji TTV – to była mała, wewnętrzna produkcja, ale dawała mi ogrom satysfakcji. "Milionerzy" to był wygrany los. Oczywiście, to była zasługa moich umiejętności, bo przekonałem do siebie producentów, ale też uśmiech losu, bo wcześniej startowałem w innych castingach – gdybym któryś z nich wygrał, to nie byłoby mnie w "Milionerach". 

 

Hubert Urbański: Niech nikt nie próbuje przez naśladowanie innych tworzyć własnej tożsamości. Na szczyt trzeba iść własną drogą.

 

To szczęście jest niezbędne w pięciu się po szczeblach kariery?

Wierzę w fatalizm w życiu, także w życiu zawodowym. Dopuszczam do niego element boski i nieprzewidywalny. Nie każdy jest gotów zaakceptować, że czasem życiem steruje los.

Które walory potencjalnego pracownika są dla pracodawcy cenniejsze – ukończone kursy i szkolenia czy doświadczenia i umiejętności praktyczne?

W branży, którą ja znam najlepiej – czyli w produkcji telewizyjnej – jest wielu specjalistów, którzy nie mają wykształcenia kierunkowego. Są absolwentami różnych studiów, mają doświadczenia z innych branż, ale świetnie się sprawdzają np. jako research’erzy, reporterzy albo producenci. Czasami o ich wyborze decydują zainteresowania i pasja, a czasami po prostu lepsza pensja. W niektórych zawodach „papiery" są niezbędne, w większości liczą się jednak tzw. umiejętności miękkie.

Jakie cechy charakteru są więc najbardziej pomocne w drodze na zawodowy szczyt?

Gotowość do rozpoznania reguł gry, w którą się gra. Trzeba potrafić sprawnie ocenić, które elementy pracy są najbardziej istotne, na które pola kłaść większy nacisk. Czasem to umiejętność wynikająca z doświadczenia, czasem po prostu instynkt. Po drugie, niezwykle cenna jest umiejętność pracy zespołowej – odpowiedzialność, solidność. Ponadto trzeba też mieć otwartą głowę, być przygotowanym na niespodziewane scenariusze.

Na koniec – jak prowadzić karierę, by stać się nowym Hubertem Urbańskim?

O nie, nie tędy droga! Niech nikt nie próbuje przez naśladowanie innych tworzyć własnej tożsamości. Na szczyt trzeba iść własną drogą. Pierwsza wskazówka, którą ośmielę się przekazać, brzmi tak: dobrze mieć ustawiony GPS na finalny cel, ale czasem trzeba zaufać losowi. Nie zniechęcać się, jeśli czasem kierunek rozwoju samoistnie ulega korekcie. Nie wolno się bać, gdy czasem zaczynamy dryfować w trochę innym kierunku niż planowaliśmy. Z perspektywy czasu wyjdzie, że miało to sens. Druga rada będzie banalna, ale skuteczna – mniej spać, więcej pracować.