iezbędny będzie kompromis, gdyż z czegoś będzie trzeba zrezygnować. Odróżniać rzeczy ważne od mniej ważnych to sztuka życia.

Rezygnacja z karmienia własnego ego, aby być najlepszym i gotowość, aby stać się „tylko” wystarczająco dobrym to duża umiejętność. Sukces w biznesie czy w zawodowym sporcie często boleśnie odczuwają najbliźsi. Medale, tytuły i apanaże to rekompensata strat w innych sferach życia. Moi pajenci to głównie osoby, którym pomieszały się priorytety. Top menadżerowie często nie mają rodzin, a jak są, to relacje w nich bywają popękane. Sigmund Freud odpowiedział kiedyś słynnym: „Umieć kochac i pracować” na pytanie studenta o najważniejsze kryterium dojrzałości i zdrowia psychicznego. To oznacza, że budowanie sukcesu biznesowego na gruzach szczęścia rodzinnego to halucynacja, a więc w konsekwencji destrukcja.

Jeśli ktoś będzie pragnął za wszelką cenę być najlepszym w biznesie, mieć wspaniałą rodzinę, otaczaną aurą bezpieczeństwa i harmonii, a jednocześnie będzie chciał bawić się do upadłego, nurkując w świat, gdzie narkotyki, zdrady, kłamstwa to chleb powszedni, to może się srodze zawieźć, łudząc się, że można to pogodzić ze sobą. Punktem wyjścia do analizy problemu może być zdanie jednego z czołowych amerykańskich psychiatrów Dr. Wayne’a Dyer’a: „Najbardziej wymownym znakiem robienia siebie samego ofiarą firmy jest postrzeganie jej jako czegoś ludzkiego i traktowanie jak kochankę lub przyjaciela”.

Gdy jest się pracownikiem, przydaje się bycie asertywnym, gdyż wielu szefów pozwala sobie w weekend wysłać maila lub smsa, a nawet zadzwonić. Zacytuję menadżera wysokiego szczebla z pewnej światowej kancelarii prawniczej z filią w Warszawie, który ma takie podejście do swoich pracowników: „U nas albo pływasz, albo toniesz… Oferujemy dużo, ale i dużo wymagamy, bo nasi klienci wymagają od nas ciągłej dostępności. Nie interesuje mnie, czy mój pracownik jest w domu, w teatrze z żoną, z dzieckiem, jeśli dzwonię, odbiera i wychodzi z teatru. Nie wszyscy to wytrzymują. Jedni są jak zimne jaszczurki, inni mają zbyt dużo empatii i odpadają”.

Dobry lider to taki, który wkłada wysiłek w zachowanie równowagi, którą Amerykanie określają słowami Work Life Balance. Mamy ją, kiedy praca nie jest jedynym źródłem przyjemności. W firmach, w których pracownicy siedzą po 12-14 godzin, tak naprawdę efektywna praca sprowadza się do 3-4 godzin. Większość czasu wykonują tzw. ruchy Browna, czyli chaotyczne czynności polegając na snuciu się z miejsca na miejsce, śledzeniu Facebooka, rozmawianiu o nieistotnych rzeczach. To przykład negatywny, ale również złym jest, jeśli człowiek próbuje cały czas pracować na najwyższych obrotach. Fizycznie jest to niemożliwe. Nie pomogą żadne kawy, mocne herbaty czy narkotyki. Musimy odpoczywać, regenerować się. Bez pauzy nie istnieje muzyka, ale też harmonijna, wydajna praca. Pędzimy i często tak naprawdę żyjemy będąc kompletnie odciętymi od radości życia. Gromadzimy majątek dla samego faktu posiadania, a to odcina nas od sensu życia, gdyż stajemy się niewolnikami nie tylko tego, co już mamy, lecz również tego, co chcielibyśmy mieć. W takich sytuacjach, bardzo mocnego znaczenia nabiera sentencja z Dalekiego Wschodu, która mówi: „Stracić wszystko to wszystko odzyskać”.