Słowo motywacja nie zadomowiło się w moim życiu zbyt mocno. A to dlatego, że moje pokolenie dorastało bez świadomości istnienia takiego zjawiska. Mówiło się raczej, że ktoś jest leniwy (chociaż zdolny), niż że jest niezmotywowany. Kiedy obserwowałem mojego dziadka, też nie zauważyłem, aby się mobilizował do karmienia kur. Chciał mieć kury, to karmił kury. Dosyć prosta metoda, a do tego mega skuteczna. I kiedy dostaję pytanie: jak ty się Jacek motywujesz? Odpowiadam, że się nie motywuję – po prostu wstaję i robię to, co mam do zrobienia. Albo nie robię. A do zrobienia tego, co należy wykorzystuję trzy źródła osobistej siły. Czy jeśli ktoś woli motywacji.

Zacznijmy od samego początku, czyli od marzeń. Ja je mam, jestem ich świadom, wiem, że mogą ulegać ewolucji, mogą dochodzić nowe, a niektóre stare mogą się dezaktualizować. Wiem, że niektóre zrealizuję w tym roku, inne w przyszłym, a jeszcze inne kiedyś. Nie boję się marzyć i nie boję się na nie czekać. Moje życie zawodowe i osobiste jest poprzeplatane marzeniami. Dlatego moje marzenia są ze mną zawsze.

Wewnętrzne źródła siły

Trzy źródła mojej osobistej siły do tego, aby moja praca i życie były źródłem satysfakcji, to: wizja życia, intencje i cele. Wizja to wszystko to, co widzę przed sobą. To suma moich wyobrażeń o mojej przyszłości. Zarówno na poziomie zwizualizowanych konkretów, jak i na poziomie niematerialnym, trudno definiowalnym. Widzę dom, w którym chciałbym kiedyś zamieszkać, ale również  wyobrażam sobie  siebie na poziomie na przykład wartości, które będę pielęgnował w przyszłości, emocji, które chciałbym doświadczać, ciekawości, której nie chciałbym stracić. Widzę siebie w przyszłości czytającego dużo książek, podróżującego kamperem, odkrywającego zabytki, cieszącego się z uczenia się czegoś nowego, piszącego nowe książki, prowadzącego wykłady dla emerytów itd. Wizja daje mi energię do działania każdego dnia. To tak, jakbym patrzył na horyzont i przesuwał go coraz dalej. Wiem, że to, co dzieje się dzisiaj, przybliża mnie do realizacji mojej osobistej wizji życia. Nigdy nie tracę poczucia sensu tego, co robię.

Drugim narzędziem motywacyjnym jest „intencja”. To taki szlachetny motyw działania. Zawiera się w nim poczucie, że większość z tego, co robimy służy innym ludziom. Mam poczucie, że żyję dla ludzi, a nie tylko z nimi. Nawet kiedy kupuję coś, o czym marzyłem, to czuję, że ci, którzy to sprzedają cieszą się, bo w jakimś stopniu realizują swoje cele i marzenia. Mam świadomość brania udziału w globalnym „podaj dalej”. Przystępuję do realizacji swoich wizji z dobrą intencją. Nie aby być lepszym i wygrać z innymi, tylko aby dodać od siebie coś do ogólnego dobra. Może to brzmi mało konkretnie, ale tak działam od zawsze i ta metoda w moim życiu sprawdza się w 100 procentach.

A trzecie narzędzie jest dosyć proste i wszyscy je znają. Zamieniam wizje na cele. Robię to zgodnie z ogólnie znanymi zasadami ustalania celów. Są i konkretne, i określone w czasie, i dają wyzwanie, i są częścią  większych celów, i oczywiście można je zmierzyć. Uważam, że cele są jak drogowskazy. Pokazują nam, gdzie już doszliśmy, a te przed nami wyznaczają kolejne kierunki. Na pewno jestem zwolennikiem celów zapisanych. One nie tylko mobilizują, ale jest jakaś siła, która sprawia, że łatwiej je zrealizować. Podsumowując: widzę przed sobą te krainy życia, do których chciałbym dotrzeć, idę każdego dnia, czyli realizuję duże i małe cele, które zapisałem i zaglądam do nich co jakiś czas (tak, jak się patrzy na mapę). Wszystko robię z dobrą intencją nie tylko zaspokajania swoich potrzeb, ale również pomagania innym w realizacji ich celów. I mam swój GPS. To moje osobiste wartości, którymi kieruję się w życiu. Kiedy mam wątpliwości, czy wybieram właściwa drogę, słyszę taki podszept: „zawróć, jeśli to możliwe, zawróć”. A poza tym codziennie robię kolejny krok, bo aby się coś zaczęło, trzeba zacząć.