O Kubie, Jacku i polskiej Pandorze

Każdego ranka przed pracą Kuba, lat 30, pracownik międzynarodowej korporacji, wychodzi na spacer ze swoim kochanym pupilem rasy Jack Russell. Próbując jeszcze przez chwilę spokojnie podryfować wraz ze swoimi myślami po swoim umyśle, zmaga się z energią psa myśliwskiego, któremu w głowie nie stonowana kontemplacja, lecz gonitwa za dziką bestyją.  Myśli o zachodzących zmianach w życiu – u większości z nas, tak jak i u Kuby, pojawiają się przy różnych okazjach i w różnych okolicznościach, na przykład podczas porannego spaceru z psem. Jak już pozwolimy sobie na wstępną akceptację twierdzenia, że zmiany są, czy się tego chce czy nie, można spróbować wejść na ścieżkę ich antycypacji, a w bardziej zaawansowanych przypadkach wręcz wywoływania. Dlaczego? A no dlatego, że każda zmiana, nawet ta najdrobniejsza, niesie ze sobą nowe doświadczenie. A czym innym jest nasze życie, jak nie zbiorem doświadczeń, które w dużej mierze kierują nas ku rozwojowi? Rozwój z kolei konieczny jest, by się doskonalić i stawać bardziej rozumną istotą. Poznając i doświadczając nowe zjawiska i rzeczy, uczymy się samych siebie, zgłębiamy wiedzę o świecie nas otaczającym, obserwujemy zachowania, emocje swoje i innych. Wszystkie wymienione wcześniej zalety zmiany prowadzą do bardziej świadomych i celowych decyzji, które to w konsekwencji mają przecież sprawić, by życie, które prowadzimy bardziej odpowiadało nam samym, naszemu usposobieniu i by spełniało nasze oczekiwania i potrzeby.

Bycie kowalem własnego losu to nie biadolenie, że trawa w ogródku sąsiada jest bardziej zielona i miękka, lecz wyzwanie dawane samemu sobie, by z odwagą podejmować trudne decyzje i z uporem maniaka, żelazną dyscypliną i konsekwencją realizować plany, nawet jeśli te na początku wydają się prawie nierealne.

Każda zmiana budzi w nas naturalny opór i niechęć. W Kubie też. Jeżeli jakiś mechanizm działa bez zarzutu, może nie ma fajerwerków, ale działa, to po co to zmieniać? Jeszcze się coś popsuje? Kuba obstaje więc przy swoim i tkwi w tym do czego przywykł, mniej, bardziej szczęśliwy, nie ma to już wtedy większego znaczenia, i tak to wina świata, ludzi go otaczających i błędnego ustroju. Na domiar złego, większość z nas ulega sztucznie wygenerowanym potrzebom nieskończonego posiadania i komfortu, co może nawet zmniejszyć poczucie zadowolenia z odbywanego żywota i w konsekwencji obudzić najlepszą przyjaciółkę Kuby – Frustrację.

Kuba i piękny poniedziałkowy poranek

Przepełniony myślami o szczęściu i dobrobycie, które oczywiście należą się każdemu z urzędu, Kuba wsiada w piękny poniedziałkowy poranek do metra i dołącza do rzeszy gapiących się w monitor z newsami zombie. I najlepiej jakby ten cały sukces sam się zainteresował, odnalazł Kubę w tłumie przechodniów i sam z siebie się zadział. A Kuba obudziłby się na gotowe!

Po drodze do pracy jeszcze szybka kawka w Kofihewen i papierosek przed wieżowcem, ups, zapomniałem, papierosy są dziś pase. A potem dzień między ludźmi, których lubi, z szefem, którego szanuje i obiera jako wzór do naśladowania i z myślą o wypłacie żywcem wyjętej z Hollywood, a może Bollywood?

I tak w nieskończoność, a tą liczy w tygodniach, miesiącach i wreszcie w latach.

Nic nowego, nic dziwnego i po co tu się tego schematu czepiać? W szkole podstawowej jak Kubę posadzili w drugiej ławce obok rudego Arka, tak siedział osiem trochę długich, trochę krótkich lat, w szkole średniej nie miał czasu, by kształtować swoją karierę, a na studiach jak to na studiach. Tu ugryzę się w język, a raczej złamię palec wystukujący kolejne litery, aaa!

Nauczony, by się szybciutko i trwale kotwiczyć, Kuba powiela i wdraża schemat za schematem.

Obok kotwic i schematów Kuba zauważa jeszcze jedną prawidłowość. W dobie cyfryzacji i dzielenia się informacją obok zwrotu „należy mi się” stoi termin „zmiana”. I nic nie byłoby strasznego w związku z tą zmianą do momentu, kiedy owe zmiany działyby się jedynie obok niego. Bo co, jeśli jadąc w korku do pracy pojawia się kolejny objazd powodowany robotami polepszającymi naszą infrastrukturę drogową? Z godnością i cierpliwością wpakowuje się w kolejny zator i z wielką przyjemnością słucha kolejnej audycji radiowej. Ale jak to? Czy nie żyjemy również w okolicznościach ciągłego niedoczasu? A zmiany mają to do siebie, że wymagają cierpliwości i czasu. Jak Kuba zacznie je poganiać, to niechęć względem zmian się powiększy. Wzrośnie jego frustracja, a po co i na co to komu? Szczególnie po co to Kubie?

Kotwice, schematy, zmiany, niedoczas i sukces. Trudne to równanie, wymagające ciągłego doskonalenia i niekończącego się rozwoju. I pewnie dobrze, trzeba iść z duchem czasu i postępem.

Inspirowana żywotem Kuby autorefleksja autora

Jak tak się przyglądam Kubie oraz szaleństwu, gdzie co drugie słowo słyszymy slogany z rodziny: zmiana to szansa, nowe możliwości lub rozwój, to obserwuję jak krew Kubę zalewa, bo wciąż biedaczysko, czy chce tego czy nie, wpada w pułapkę samorozwoju i szycia na miarę, by w pełni wychodzić naprzeciw zmianom i oczekiwaniom obecnie dynamicznie rozwijającej się ku dobremu, a nawet lepszemu Rzeczypospolitej. I nawet kiedy od niechcenia spaceruje ten cały Kuba ulicami swojego ukochanego Wrocławia i mija kino Nowe Horyzonty, to ogarnia go dzika panika i pojawia się pytanie, czy oni wszyscy poszaleli? Nawet kino zachęca go do nowego, ha! zmienionego, spojrzenia na masową rozrywkę filmową. Wszędzie wokoło ten cały rozwój, wszechrozwój i samorozwój. A Kuba stoi w kółku graniastym i czuje jak pętla zaciska się wokół jego szyi, zaczyna brakować mu przestrzeni, powietrza i świętego spokoju. A miało być tak pięknie….

Przyglądając się Kubie, który szałom, trendom i fashionom się nie daje, tak przynajmniej mu się wydaje, jak siedział tak siedzi, to przypomina mi się pewien warsztat rozwojowy, który sam wielką przyjemność prowadzić miałem….

Kiedyś pewnego mroźnego grudniowego poranka obudziłem się w środku dzikiej puszczy i przebijając się przez śnieżne zaspy, dotarłem na warsztaty dla osób bezrobotnych w wieku nawet bardzo produkcyjnym. Miłe warsztaty będą, pomyślałem sobie w skrytości. Piękna zima za oknem, praca, czego jeszcze więcej chcieć? Postanowiłem, skoro warsztat dotyczył zmian w życiu, że zaangażuje grupę w grę szkoleniową, której celem jest przybliżyć uczestników do zagadnienia zmiany. Jednym z celów warsztatu było zainspirowanie uczestników do działania, by z optymizmem i otwartością ruszyli w poszukiwaniu spełnienia zawodowego. Intencje me zatem szczytne były. Jak wiemy, piekło wybrukowane jest dobrymi intencjami czy takimi tam chęciami, ha!

Do roboty! Co ciekawe gra dotycząca zmian w całkiem dużej mierze zmusza ludzi do działania, a efektem końcowym jakieś piękne papierowe produkty być mają. Siedzę więc tak sobie, w puszczy, wokół śnieg, mróz, no i zmiany. Nic nowego – myślę sobie. Aż do momentu kiedy przyglądając się pracy uczestników jak gromem rażony zrywam się, biedaczysko ja, na proste nogi i oczom własnym nie wierzę, a te oczy widziały już wiele. Cały stół, no wielki jak ten weselny u szwagra na celebracji jego szczęścia, zastawiony papierowymi świstakami, misiami i innymi diabłami. Nogi mi miękną, zasycha w gardle, głos zanika, łza się kręci. Ot i masz babo, raczej chłopie placek. Eureka drę się w sobie! Eureka! I co by Kuba na to?

Magiczny składnik X

Kiedy grzeje nas w zadek, kiedy dzieci wybrzydzają w restauracji, żona kupuje torebeczki za więcej niż kilkaset złotych, a w pracy w miarę ok – to jak praca sama nie wpadnie, nie zajrzy, nie przyjdzie i się nie zaoferuje, to raczej pozostajemy w poczuciu pseudo-braku zagrożenia, quasi bezpieczeństwa. Bo tak naprawdę, coś już osiągnęliśmy, jesteśmy minimum specjalistami, zarabiamy nie najgorzej, powspinaliśmy się już trochę po piramidce A.Maslowa więc czas się jeszcze bardziej zakotwiczyć, osadzić i wreszcie odpocząć. Przecież nie każdy musi być kierownikiem, dyrektorem, menadżerem czy jakimś tam.

Wracając więc do wniosków: kiedy ciepło i w miarę bezpiecznie to determinacji brak.

Bezrobotni, o których pisałem wcześniej pokazali, co to znaczy, czym jest i jak wygląda Determinacja. Poproszeni o wzięcie udziału w ćwiczeniu szkoleniowym nie zaczęli od dumania nad sensem ćwiczenia, nie zaczęli kombinować, jak tu robić by się nie narobić, kiedy przerwa albo kiedy będzie już koniec tego ćwiczenia. Bez zbędnego wybrzydzania, narzekania, marudzenia i rozglądania się na boki zaczęli działać.

Owa Determinacja to gotowość do podjęcia działania, nie wyłącznie podpisania się pod myślą widniejącą w umyśle np.: zmieniam pracę. Determinacja według tego, co zaobserwowano wiąże się ze świadomością teraźniejszości, ze świadomością rzeczywistości, w której się znajdujemy i od której chcemy się oddzielić, by ruszyć w nieznane ku rozwojowi i zwiększonemu dobrobytowi. Dobrobyt, czy raczej dobrostan możemy rozpatrywać na wielu płaszczyznach. Tych najczęściej spotykanych materialnych po te bardziej subtelne, indywidualne – szyte na miarę – duchowe. Tak czy owak, nic raczej samo się nie dzieje ani zadzieje. Tak jak papierowe misie, mozolnie wycinane na niezliczonych warsztatach szkoleniowych, w których bierzemy udział, nie pojawiają się same od tak.

Słowo na koniec jest takie, drogi czytelniku: zadaj sobie pytanie, kim jesteś? Kubą czy osobą bezrobotną? Jackiem czy Mopsem? Gdzie spędzasz czas i na czym? Czy czerpiesz z tego satysfakcję i radość? Czy w każdy poniedziałek rano z lekkością i wdzięcznością zmierzasz do pracy, by w pełni zaangażowania zostać pochłonięty w nowe projekty, wyzwania i inne zadania? A po pracy, czy wracasz do domu spełniony i pełny optymizmu, oczywiście troszeczkę zmęczony, lecz nie aż tak, by nie zabrać rodzinki na spacer czy kolację, tak na początku, w środku lub na końcu tygodnia, a co tam? Po co czekać do długiego weekendu? Czy masz w sobie wystarczająco dużo determinacji, by budować nie tylko dla siebie, ale i dla ludzi wokół siebie? Budować na dziś i na jutro? Odpowiedzi na powyższe pytania powinny wskazać Ci drogę. By zostać tam, gdzie jesteś lub by wziąć swoje życie wyłącznie w swoje ręce, zaplanować, zaryzykować i w końcu zadziałać, by mieć co opowiadać wnuczkom, jak już się urodzą za kilkadziesiąt lat, w długie jesienne wieczory. Powodzenia :)