Skip to main content
Home » Efektywny rozwój » Work-life balance – dlaczego warto?
Efektywny rozwój

Work-life balance – dlaczego warto?

żyć
żyć
Fot.: TVN

Szymona Hołownię pytamy o jego najnowszą książkę i sposób na zachowanie równowagi między życiem zawodowym i prywatnym.

Szymon Hołownia

Polski dziennikarz i publicysta

Z badania przeprowadzonego przez Harvard Business School w 2014 roku wynika, że 94 proc. ludzi zdarzyło się pracować ponad 50 godzin tygodniowo, a niemal połowa przyznała się do przepracowania ponad 65 godzin. Jak uchronić się przed przepracowaniem, które niszczy nasze relacje z bliskimi, zdrowie, a przez to – obniża poczucie szczęścia? Jak wyznaczyć granice swojej pracy?

Nie wiem, bo sam mam z tym kłopot. Wykonuję pracę w czasie, w którym nie ma norm godzinowych, łączę ze sobą różne obszary działalności: piszę, mam czasem programy w telewizji, prowadzę dwie fundacje (fundacjakasisi.pl i dobrafabryka.pl), bywają miesiące, w których nie znam pojęcia weekend, nawet czytając książkę w wannie zastanawiam się, czy nie przyda mi się do jakiegoś tekstu. Przestałem już jednak „kopać się z koniem” i wiem, że czas idealny, w którym precyzyjnie wyznaczę granicę między pracą a resztą, nie nadejdzie. Muszę więc wycisnąć dla siebie to, co się da z tego, co jest. Celebruję więc choćby najmniejsze przerwy w pracy. W podróżach służbowych, w czasie wielogodzinnych lotów do Afryki, nie staram się pracować, tylko odespać, na ile się da wyzerować umysł. Staram się dbać o każdą wolną chwilę, jaką mogę spędzić z bliskimi. Wdrażać zasadę, że od dwóch byle jakich godzin lepsze jest piętnaście minut tzw. quality time, czasu wysokiej jakości, skupionego tylko na osobie, z którą rozmawiam, albo na naprawdę „uczciwej” drzemce.

Ostatnią pana książką jest „36 i 6 sposobów na to, jak uniknąć życiowej gorączki”, w której chce pan pokazać, że stare prawdy mogą być również sposobem na udane życie teraz. Co to za prawdy?

Ponieważ jestem (a raczej staram się być) człowiekiem wierzącym, przypominam tu parę prostych, fundamentalnych prawd zawartych choćby w tekście Ośmiu Błogosławieństw. Wielu ludzi mówi mi dziś, że w świecie, w którym wszystko jest wyliczone, poukładane, wszystko musi być albo inwestycją, albo zwrotem z niej – chcieliby wreszcie doświadczyć wolności, poczuć, że są czymś więcej niż przedmiotem procedur i trybikiem w maszynie. Proszę bardzo: chcesz dostać coś za darmo? Musisz zacząć rozdawać za darmo. Wszyscy mówią ci: „walcz o swoje”? Otóż okazuje się, że lepszą drogą do szczęścia może być to, by czasem odpuścić, zachować energię, zamiast spalać ją na jałowe walki ze światem. Chcesz, by świat był dla ciebie lepszy? Zadbaj o niego. W moich fundacjach opiekujemy się dziesięcioma miejscami w sześciu krajach Afryki, wspieramy hospicja, ośrodki dla chorych na trąd, porodówki, szkoły, największy zambijski sierociniec. To dzieciaki z tego właśnie miejsca, z Kasisi, przypomniały mi, staremu publicystycznemu wyjadaczowi, że świat rządzony przez ekonomię, naukę czy politykę możemy nadal zmienić w piekło. Że jedyne, o co warto walczyć, to by gdy dziś będę kładł się spać na świecie było choć odrobinę więcej dobra i miłości, niż gdy się budziłem. A ja bym był choć o tę parę kroków bliżej sensu niż byłem. Reszta to didaskalia, komentarze, przypisy. Pożyteczne, ale czasem naprawdę nic nie znaczące.

Jest pan uważnym obserwatorem. Jakie błędy popełniają młodzi na starcie swojej kariery?

Mam czasem wrażenie, że są zbyt roszczeniowi. Już na pierwszej rozmowie o pracę stawiają furę wymagań. Opowiadają o tym, że praca to tak naprawdę dla nich dopust Boży, a sensem ich życia jest realizowanie swoich pasji (więc oczekują ściśle wyliczonych godzin pracy i dajmy na to trzymiesięcznego urlopu). Stawiają też często zupełnie nierealne wymagania finansowe. W momencie, w którym do zatrudnienia już dojdzie, okazuje się jednak, że za przepięknie spiętrzanymi w CV legendami stoi np. nieumiejętność wzięcia odpowiedzialności za całość zadania. Nie wiem, czy winić za to czasy, czy system edukacji promujący testy, ale coraz częściej widzę w otoczeniu i słyszę o młodych ludziach, którym wszystko trzeba rozpisywać na poszczególne kroki, prowadzić ich za rękę przy każdej wykonywanej przez nich czynności. Umieją wykonywać pojedyncze kroki, ale nie widzą, nie są w stanie ogarnąć całości podróży. Nie wiem jak wygląda obecnie poziom bezrobocia wśród młodych ludzi, ale wiem, że znalezienie sensownego młodego pracownika do projektu, w którym musiałby wykazać się samodzielnością jest dziś niezwykle trudnym zadaniem.

Osoby, które decydują się na karierę często wpadają w pułapkę popularności i pieniędzy, tracąc po drodze swoje ideały. Jak nie dać się zwariować?

Po pierwsze mieć wokół siebie (i pielęgnować ją) grupę tzw. „znaczących bliźnich”, a więc ludzi, z których opinią się liczymy. Im dalej człowiek brnie w karierę zawodową, przechodzi kolejne szczeble awansu, zwiększa się jego odpowiedzialność i rozpoznawalność – tym więcej będzie miał wokół siebie różnych głosów: klakierów, wazeliniarzy, nienawistników, konkurentów. Żeby w tym wszystkim nie zwariować, trzeba umówić się z sobą, że choć słuchamy wielu opinii, nie wszystkie bierzemy do siebie. Przejmujemy się, analizujemy tylko te, które pochodzą od ludzi, z których zdaniem się liczymy, szanujemy ich, nasze relacje zostały sprawdzone w innych okolicznościach i wiemy, że są bezinteresowne, merytoryczne, pozbawione jakichś dziwnych kontekstów. Taki krąg „znaczących bliźnich” jest w stanie zapalić przed nami żółte czy czerwone światło, gdy zacznie odbijać nam palma i jeśli mamy wyrobiony nawyk zwracania uwagi na ich komunikaty, będziemy w stanie w porę zareagować i nie zniszczyć sobie życia, spalając się z szybkością fajerwerku.

Po drugie – trzeba ustalić z sobą, co jest naszą najgłębszą motywacją, dlaczego robimy to, co robimy. Oglądalność przeminie, sława wyblaknie (no chyba, że jest się Mickiem Jaggerem), a nie ma nic smutniejszego niż widok ludzi, którzy byli sławni dekadę temu i dziś też wydaje im się, że powinni być w centrum zainteresowania, ale już w nim nie są. Rozpoznawalność, sława, sukces – to przypadłości, które gdy są – to fajnie, ale gdy ich nie ma – też trzeba umieć żyć. Nie można pozwolić im stać się sensem życia, bo one są tylko okolicznościami. Sens życia nie tkwi w opinii, jaką mają na mój temat ludzie (bo ona dziś jest taka, jutro będzie inna), ani w pracy (bo dziś wykonuję taką, jutro też może będzie inna), a w relacjach. Tylko relacje z innymi mają potencjał, by przetrwać wszystkie życiowe zawieruchy. To one – jakby powiedzieli finansiści – najlepiej przechowują wartość. A więc jeśli masz do wyboru kamień i słomę, to chyba jasne z czego powinieneś zbudować swój bezpieczny, odporny na ogień i inne kataklizmy dom.

Next article